– Opiekował się najsłabszymi, cierpiącymi z powodu biedy, chorób i głodu. Odwiedzał potrzebujących w wielu niebezpiecznych miejscach. Nie boisz się? Pytałam go nie jeden raz. A on odpowiadał, że nie może zostawić ludzi w potrzebie, bo nikt inny nie poda im ręki – opowiada sąsiadka Zofia Wołowiec, ks. Stanisława Szczepanika.

Tragiczna śmierć misjonarza w Portoryko w Ameryce Środkowej dotknęła mieszkańców małej wsi Smarżowa na Podkarpaciu, w której się urodził ks. Stanisław. – Początkowo doszły nas wieści, że był to wypadek na rowerze. My od razu czuliśmy, że to morderstwo – mówi pani Zofia.

Duchownego znaleziono z rozbitą głową na chodniku 16 sierpnia, a dwa dni później zmarł. W tym tygodniu policja potwierdziła, że duchowny zginął w wyniku brutalnego pobicia. Policja podejrzewa, że handlarze narkotyków biorą udział w brutalnym pobiciu księdza.

Od 33 lat ksiądz Stanisław jeździł na misje do Afryki i Ameryki Łacińskiej. Wrаcаł do swojego zacisznego domu na uboczu Smarżowej tylko na urlop.– Był to skromny i uczynny człowiek. Chodził w starych butach i jadał tylko jeden posiłek dziennie. „Nie mogę inaczej, widząc, jak dzieci umierają z głodu”, powtarzał – opowiada pani Zofia.

Rodzinna wieś księdza Stanisława przyjedzie na pogrzeb w Krakowie 3 października. Prochy misjonarza muszą zostać zwrócone do kraju.

1

2

3

źródło: fakt.pl