Cały czas występujący pot, odrętwienie, ograniczone przemieszczania się, słaba widoczność i słyszalność – oto warunki pracowników szpitali oddziału koronawirusowego w Zgorzelcu (woj. dolnośląskie). Między innymi okazała się pielęgniarka Irena Skowrońska (46 l.), która zdradziła, że wcześniej nie miała takich dzikich warunków.

 

 

 

Pani Irena ponad 25 lat działała na oddziale z dziećmi, jednak gdy stało się wiadomo, że jest konieczność na chętnych do działania z pacjentami zakażonymi koronawirusem, nie wątpiła. Ubrała się w specjalny kombinezon i przyłbicę, by według apelu być pomocą.

Działania na oddziale koronawirusowym ciężko porównać z przeszłą pracą pani Ireny. Obecnie są zajęte wszystkie miejsca. Na 30 osób chorych, w tym czterech na OIOM–ie, opiekują jedynie cztery pielęgniarki.

 

 

 

W pierwszej połowie dnia z reguły przychodzi lekarz, jednak zespół i tak jest zbyt mała. Przy tym wszystkim przemieszczać się w ochronnym kombinezonie to jest bardzo trudne. Przez czepek i kaptur skafandra bardzo cicho słyszy się głos osób zakażonych i współpracowników, a maseczka ciasno się przytulająca do twarzy i dodatkowa przyłbica zmniejszają możliwość normalnie oddychać. I to jest strój na 12 godzin pracy na dyżurze.

– Czujemy się jak w saunie. W przerwie nie pijemy jednak zbyt wiele, żeby uniknąć później wyjść do toalety i mozolnego przebierania – powiedziała pani Irena, dodając, że gogle cały czas parują, z tego powodu widoczność jest zmniejszona.

 

 

 

 

Taka praca pomogła wielu ludziom wyzdrowieć i wrócić do domów, do rodzin. Na żal, nie każdy. Pielęgniarka zdradziła, że ze śmiercią spotykają się cały czas. Niektórych osób, wbrew opieki medycznej, nie udaje się uratować.

Po pracy przed spotkaniem z rodziną najpierw odchodzi od trudnych przeżyć w placówce. To jest bardzo ciężko, bo do dyżuru pojawia się strach, że każdy może zostać skierowany na covidowe łóżko.

 

Fot. screen YouTube

 

 

W szpitalu znajduje się wiele osób w poważnym stanie. Czas od czasu słychać krzyki ot bólu. Ale nie każdy jest w tak strasznym stanie. Henryk Gęsiewicz (67 l.) z Weglińca (woj. dolnośląskie) obecnie jest w lepszym stanie niż wtedy, kiedy skierowano go do oddziału.

Pana Henryka skierowano na SOR w Zgorzelcu, a później, po przejściu badania i potwierdzenia u niego COVID-19, został skierowany w placówkę koronawirusową. Znajduje się w szpitalu od tygodnia. Dobrze, że nie musi – jak wiele zakażonych – być zawsze związanym z systemem do tlenu, przechodzi przebieg jedynie pary razy podczas dnia. Jeżeli ulegnie poprawieniu, będzie zwolniony z placówki półtora tygodnia.

 

 

 

Senior pozytywnie zaznaczył, że w szpitalu jest dobra opieka i siły czuje się już lepiej. – Nie ma odwiedzin, ale nic na to nie poradzimy. Trzeba to jakoś przetrzymać – zwrócił uwagę pan Henryk.

 

 

Jak informował portal „Wiesz”: Emeryty Apelują O Wyższej Waloryzacji. Ile Dostaną Najbiedniejsi Seniorzy